sobota, 9 czerwca 2018

Lebowski – Blues Club, Gdynia, 7.06.2018


O instrumentalnym kwartecie Lebowski pisałam już przy okazji relacji z występu szczecinian w malborskiej Alternatywie, na początku lutego 2018 roku (pełny tekst dostępny jest tutaj). W miniony czwartek pojawiła się kolejna okazja, by usłyszeć zespół w koncertowej odsłonie. Artyści po pięciu latach przerwy zawitali do Trójmiasta i wystąpili deskach gdyńskiego Blues Clubu. Muzycy rozpoczęli w Gdyni kolejną odsłonę testowych koncertów przed wydaniem nowego studyjnego albumu "Galactica", który ukaże się jesienią bieżącego roku.





Pierwszy występ po czteromiesięcznej przerwie był dla artystów nie lada wyzwaniem. Kilka tygodni temu branżę muzyczną obiegła informacja o zmianie w składzie grupy. Długoletniego basistę zespołu Marka Żaka zastąpił znany z Indios Bravos Ryszard Łabul. Doświadczony muzyk bardzo szybko wpasował się w zespół, dodając muzyce Lebowskiego soczystego, dynamicznego brzmienia. Po zaledwie czterech wspólnych próbach dał radę zagrać porywający koncert, czerpiąc radość z przebywania na scenie z nowymi kolegami z zespołu.

Koncertowa setlista przybrała zbliżony kształt, jak podczas występu w Malborku. Podobnie jak w Alternatywie, zespół wkraczał na scenę przy dźwiękach „Intra” rozpoczynającego ubiegłoroczne koncertowe wydawnictwo "Lebowski Plays Lebowski" Muzycy wykonali czternaście kompozycji, skupiając się przede wszystkim na zawartości tej płyty, będącej łącznikiem pomiędzy filmową przeszłością zespołu i bardziej energetycznymi brzmieniami oraz nieopublikowanych jeszcze nowych kompozycjach, które znajdą się na drugim studyjnym albumie.  Nie zabrakło obowiązkowych punktów wieczoru takich jak radosny i melodyjny "Buongiorno", lekko folkowy "Mirador", melancholijnie płynący "Goodbye My Joy", oparta na bliskowschodnich wpływach "Galactica", romantyczny "Mirage Avenue", a także kilku propozycji kipiących od energii, ocierających się o stylistykę metalową, które doskonale zbilansowały spokojniejsze momenty wieczoru.

Mnie osobiście najbardziej ujęły wspomniane mocniejsze momenty, brawurowo wykonany, imponujący ścianą dźwięku "Golem", mroczny, oparty na perkusyjnej galopadzie "The Last King" oraz  fantastycznie narastający "Midnight Syndrome", który został zagrany na zakończenie wieczoru. Podstawowy set zakończyło przepiękne "Once In A Blue Moon", zaś pierwszym z bisów był dawno nie wykonywany na koncertach "Romeo i Julia".

Jak wspomniałam już w lutowym tekście muzycy Lebowskiego to przemili ludzie, którzy po występach chętnie rozmawiają z fanami, pozują do wspólnych zdjęć i rozdają autografy. Należy także podkreślić, że na ich koncerty przychodzi świadoma publiczność, która w skupieniu i z zaangażowaniem chłonie płynący ze sceny przekaz. Słuchacze zgromadzeni w Blues Clubie zostali zahipnotyzowani malowniczymi muzycznymi pejzażami, na które złożyły się klawiszowe pasaże Marcina Łuczaja, soczysty bas wspomnianego już Ryszarda Łabula, perkusyjne szaleństwa Krzysztofa Pakuły oraz przepiękne, głębokie solówki Marcina Grzegorczyka, który przy pomocy swojej gitary snuł wzruszające opowieści, sprawiając, że jakikolwiek wokal okazał się w tym przypadku niepotrzebny. Pełnię koncertowych wrażeń umożliwiło doskonałe tego wieczoru nagłośnienie.

Jedynym mankamentem dla bardziej żywiołowych uczestników koncertu mogły okazać się dosyć ciasno ustawione kanapy, krzesła i stoły, które skutecznie uniemożliwiały bardziej ekspresyjny odbiór występu – w dynamicznych, momentach aż chciało się poderwać z siedzeń i poskakać, wymieniając koncertową energię z zespołem.

Kto jeszcze nie słyszał Lebowskiego na żywo, powinien rozważyć udział w toruńskim Festiwalu Rocka Progresywnego im. Tomasza Beksińskiego, który odbędzie się w dniach 7-8 lipca 2018. Wzruszenia i dobrze spędzony muzyczny wieczór gwarantowane.