wtorek, 13 lutego 2018

Warsaw Prog Days 2018 - Warszawa, Progresja, 10.02.2018



Magiczne progresywne pejzaże, nostalgiczny powrót do przeszłości, szaleńcze tańce i rock'n'rollowy odjazd – w tych kilku wyrażeniach można streścić muzyczne doznania, których doświadczyli uczestnicy szóstej edycji Warsaw Prog Days. Warszawskie święto fanów rocka progresywnego powróciło na festiwalową mapę Polski po rocznej przerwie i podobnie jak w latach ubiegłych odbyło się w Progresji. W 2018 roku partnerem imprezy został Musicom, a wśród zaproszonych artystów oprócz podopiecznych wytwórni, tj.  zespołów Amarok i Gallileous znaleźli się Here On Earth oraz zagraniczni goście – basista uwielbianej w Polsce grupy Camel – Colin Bass i niemiecki zespół Coogans Bluff. 





Tak jak w przypadku piątej edycji, również i tym razem koncerty zaplanowano na jeden wieczór. Pomimo wyboru bardzo dogodnego terminu, niekorzystna zimowa pogoda, a także mnogość równolegle odbywających się konkurencyjnych imprez nieco pokrzyżowały plany organizatorów. Na kilka dni przed wydarzeniem z powodu choroby wokalisty z występu musiał zrezygnować zespół Lion Shepherd. Co więcej, dobra promocja festiwalu, który rekomendował osobiście sam Mariusz Duda, nie wpłynęła korzystnie na frekwencję - oferta muzyczna przykuła uwagę niespełna trzystu osób.  

Jednak wszyscy ci, którzy pojawili się w sobotni wieczór w Progresji zdecydowanie nie mieli czego żałować. Bardzo dobre nagłośnienie, kameralna rodzinna atmosfera i możliwość bezpośredniego, swobodnego kontaktu z artystami sprawiły, że festiwal zapisał się w pamięci wielu obecnych jako jeden z najprzyjemniejszych koncertów w ostatnich miesiącach. 

Muzyczna uczta wystartowała zgodnie z planem. Kilka minut po godzinie dziewiętnastej na scenie pojawił się prowadzący całe wydarzenie gitarzysta grupy Collage i dziennikarz miesięcznika "Teraz Rock" Michał Kirmuć, który zapowiedział pierwszego wykonawcę. Pochodzący z Katowic Here On Earth zaprezentował się bardzo obiecująco. Nieco ponad półgodzinny występ sekstetu wypełniły kompozycje z debiutanckiego "In Ellipsis" oraz premierowe nagrania z nadchodzącej drugiej płyty. Progmetalowe, wyraziste, mroczne dźwięki inspirowane twórczością Tool'a, Katatonii i Riverside generowane przez młodych muzyków potwierdziły ich wysokie umiejętności techniczne i duży potencjał. 



Po krótkim "przemeblowaniu" scenicznego wystroju, na deski Progresji z impetem wkroczyli muzycy grupy Gallileous. Weterani polskiej sceny doom metalowej w ostatnich latach postanowili odświeżyć swoje brzmienie, podejmując współpracę z nową wokalistką, Anną Pawlus-Szczypior i poszerzając muzyczne horyzonty o inspiracje space rockiem i klasyką hard rocka lat siedemdziesiątych. Pochodzący z Wodzisławia Śląskiego kwartet zabrał słuchaczy w szaleńczą podróż kosmicznym samochodem, zapewniając solidną dawkę energetycznej jazdy bez trzymanki, pełną mięsistego brzmienia basu, perkusyjnych galopad i soczystych gitarowych riffów. Uwagę publiczności skupiała jednak na sobie przede wszystkim zjawiskowa wokalistka, wyróżniająca się oryginalną, bardzo głęboką barwą głosu. Jej długie blond włosy lśniły w blasku świateł i pięknie poruszały się w rytm płynącej muzyki, łamiąc niejedno męskie serce. 

Wspomniane powyżej dwa występy były jednak tylko zgrabnym wprowadzeniem do kolejnych atrakcji wieczoru. Prawdziwą gratką dla miłośników progresywnych pejzaży był historyczny, wspólny występ zespołu Amarok i Colina Bassa ze specjalnie przygotowanym na tę okazję materiałem i gościnnym udziałem Macieja Mellera, doskonałego gitarzysty grupy Quidam i koncertowego członka Riverside. Współpraca muzyków rozpoczęła się szesnaści lat temu, gdy Michał Wojtas zaprosił legendarnego muzyka grupy Camel do udziału w nagraniach albumu "Neo Way". Kilka lat później lider Amaroka brał udział w nagraniach solowego albumu Bassa, "In The Meantime". Koncertowe spotkanie w Progresji stało się dobrą okazją do wspólnego świętowania tej pięknej, długoletniej przyjaźni. 
 
Jako pierwszy wystąpił Amarok. Projekt multiinstumentalisty Michała Wojtasa w czerwcu 2017 roku powrócił z nowym wydawnictwem. Muzykowi na scenie towarzyszyli utalentowani współpracownicy i przyjaciele – poza wspomnianym już basistą grupy Camel pojawili się perkusista Paweł Kowalski, basista Konrad Pajęk, klawiszowiec Maciej Caputa, wirutoz duduka Sebastian Wielądek oraz żona artysty Marta Wojtas, grająca na instrumentach perkusyjnych. 

Około godzinny set wypełniły kompozycje z ubiegłorocznego "Hunt" oraz trzech starszych albumów zespołu, przenosząc słuchaczy w świat fascynujących, malowniczych pejzaży, obfitujących w magiczne dźwiękowe doznania. Pomimo drobnej tremy towarzyszącej muzykom na samym początku występu spowodowanej kłopotami z mikrofonami, szybka reakcja ekipy technicznej i selektywne nagłośnienie umożliwiły pełny odbiór tej emocjonalnej muzyki duszy, pozwalającej zapomnieć o otaczającej rzeczywistości i poddać się hipnotyzującej aurze. Uśmiechy nie schodziły z twarzy artystów, którzy wymieniali porozumiewawcze spojrzenia i wspólnie improwizowali. 

Michał Wojtas obdarzony jest bardzo ciepłym głosem o miękkiej barwie, niezwykłą muzyczną wrażliwością i zasługującymi na szacunek zdolnościami technicznych. Muzyk co rusz zaskakiwał zgromadzonych improwizacjami na gitarze, a także umiejętnością gry na nietypowych dla muzyki rockowej instrumentach jak harmonium i theremin. W pamięci szczególnie zapisało się magiczne wykonanie "Distorted Souls", w którym artysta niczym czarodziej wydobywał nieziemskie dźwięki z thereminu, wspólnie zaśpiewany z Colinem Bassem "Nuke", do którego słowa razem z basistą napisała Marta Wojtas, wirtuozerski popis gry Sebastiana Wielądka na duduku w "Two Sides" oraz zagrana na bis, energetyczna "Metanoia". Ku zaskoczeniu sporej części widowni na scenie nie pojawił się wyczekiwany niecierpliwie przez fanów Mariusz Duda, któremu muzycy dziękowali za wieloletnią współpracę. W jego wokalną rolę w "Idyll" wcielił się za to basista Konrad Pajęk, który w innych utworach bardzo dzielnie wspierał Wojtasa w chórkach. 

Nie był to koniec emocji związanych ze wspólnym występem muzyków. Po pełnym duchowych uniesień koncercie Michała Wojtasa i przyjaciół, z epizodycznym udziałem basisty zespołu Camel, role się odwróciły. Na kolejną muzyczną godzinę głównodowodzącym na scenie Progresji został Colin Bass, którego sekcją rytmiczną stali się członkowie Amaroka oraz dobrze znany polskim fanom rocka progresywnego Maciej Meller. Muzycy zaprezentowali przegląd solowego dorobku legendarnego artysty – w setliście pojawiły się zarówno starsze nagrania, w tym z wydanego w 2015 roku „At Wild End”, jak również niepublikowane wcześniej kompozycje, które ukażą się na nowej płycie Bassa. Występowi towarzyszyła rodzinna atmosfera – artyści doskonale rozumieli się na scenie, a ich radość wspólnego grania wywołała niejeden uśmiech na twarzach słuchaczy. Colin Bass to niezwykle ciepły, przesympatyczny człowiek i wyjątkowy wokalista, który czarująco opowiadał o swojej twórczości, wprowadzając zgromadzonych w klimat kolejnych kompozycji. Prawdziwą ucztą dla uszu wszystkich koneserów były natomiast muzyczne dialogi gitar Wojtasa, Mellera i Bassa oraz ich wspólne improwizacje. 


Zwieńczeniem koncertowych wrażeń był pełen rock’n’rollowej energii występ berlińskiego zespołu Coogans Bluff, który pomimo bardzo późnej pory (koncert rozpoczął się kilkanaście minut przed pierwszą) porwał do tańca najwytrwalszych uczestników festiwalu. Połączenie jazzowych saksofonowych partii z hardrockowo-bluesowym brzmieniem klasycznego rockowego instrumentarium stworzyło mieszankę wybuchową, powalającą mocą i dynamiką, która bardzo dobrze sprawdziła się jako zakończenie festiwalowego dnia. 

Szóstą edycję Warsaw Prog Days, pomimo braku rozpoznawalnych powszechnie gwiazd można zdecydowanie zaliczyć do udanych. Dzięki lineupowej różnorodoności każdy miłośnik dobrej muzyki mógł znaleźć tam coś dla siebie i świetnie bawić się przy tanecznych rockowych dźwiękach, jak również dać się ponieść wyobraźni, podziwiając muzyczne, progresywne pejzaże. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz